powrót do D a s k o g r a f i i
POLACY, ŻYDZI, FUNDACJA
Gdzieś tak w połowie lat 80. temat historii Żydów polskich, a także stosunków polsko-żydowskich, od wielu lat znajdujący się w stanie śmierci klinicznej, począł wykazywać pewne oznaki może nie całkiem życia, ale pewnego rodzaju aktywności biologicznej.W polskich miastach i miasteczkach młodzi ludzie spędzali wiosenne niedziele sprzątając i fotografując cmentarze żydowskie. Powieści Isaaka Bashevisa Singera, dotąd ignorowanego przez wydawnictwa późnego PRL-u, teraz sprzedawanego w masowych nakładach, wyciskały strugi łez z oczu osób, spędzających długie godziny w poczekalniach dentystycznych i pociągach międzymiastowej relacji. Ważne środowiska opiniotwórcze tzw. "postępowych katolików" - periodyki "Więź", "Znak" i "Tygodnik Powszechny" - jęły poświęcać tematyce żydowskiej nie tylko pojedyncze szpalty, ale nawet całe okolicznościowe numery. W masowym obiegu pojawiło się pełne treści i napawające optymizmem słowo "dialog".
Zainteresowanie tematem polskich Żydów szybko wyszło poza granice starego kraju. W Polsce, w Anglii i w Izraelu organizowano międzynarodowe konferencje naukowe. W Oxfordzie świetny historyk, prof. Antony Polonsky, prowadził Institute for Polish-Jewish Studies. W USA, w roku bodajże 1986, powstała organizacja o prostej i dźwięcznej nazwie - the American Foundation for Polish- Jewish Studies, a jej prezesem został Jerzy Kosiński, człowiek niezliczonych pomysłów i niespożytej energii. Wkrótce jego fundację uświetniał znakomity areopag patronów i członków rady programowej, wśród których Kosiński umieścił aż czterech noblistów. Trzech z nich - Josifa Brodskiego, Czesława Miłosza i Elie Wiesela Kosiński dobrze znał, ale czwarty laureat, I.B. Singer, chory na Alzheimera, z uciekającą świadomością, dokonywał właśnie życia na Florydzie. Jednak entuzjazm Kosińskiego najwyraźniej mógł przezwyciężyć nawet demencję, a rozmach jego planów był imponujący. W krótkim czasie zebrał ponad 200 tysięcy dolarów na koszty polsko-żydowskiej konferencji naukowej w Jerozolimie. Za sześć milionów planował zakupić salę w amerykańskim Muzeum Imigracji na Ellis Island. Twierdził, że cena owej sali muzealnej jest równie atrakcyjną okazją, jak zakup Manhattanu za garść paciorków od naiwnych Indian, albo nabycie Alaski za siedem milionów dolarów od chciwego i tępego cara Aleksandra Drugiego.
Kanadyjska fundacja - jeden oddział w Montrealu, drugi w Toronto - powstała w kilka miesięcy później. I w tym Kosiński miał swój udział, bowiem jego wizja była jeśli nie globalna, to w każdym razie panamerykańska i bardzo nas do kanadyjskiej fundacji zachęcał. Jednakże Kanada ceni sobie swoją odrębność, noblistów tu niewielu, przeto i nasza fundacja planowała działalność znacznie skromniejszą. Przyjęła też nazwę, która nadal wydaje mi się nie całkiem jasna tak po angielsku, jak i po polsku - The Polish-Jewish Heritage Foundation of Canada. Fundacja dziedzictwa polsko-żydowskiego w Kanadzie. Może, ale co to naprawdę znaczy? Kto z kim miał prowadzić ów dialog, w który chcieliśmy wierzyć?
Nie sądzę, aby nawet wtedy, w zapale chwili, ktoś z nas miał złudzenia co do rzeczywistego stanu stosunków pomiędzy społecznością polską i żydowską w Toronto. Na dobrą sprawe były żadne, i nie było powodu, aby były inne. Na co więc liczyliśmy? Czy w bezgranicznej naiwności marzyło nam się, że kogokolwiek "pojednamy"? Nie, na pewno nie. Nie mieliśmy programu, a w pierwszej broszurce napisaliśmy kilka niewiele znaczących i łatwych do przełknięcia zdań o wzajemnej tolerancji i wspólnych wartościach kulturowych.
Po upływie osiemnastu lat i wielu dziesiątkach wykładów, spotkań, prelekcji, pokazów filmowych, myślę, że nikt z nas, zakładających wtedy fundację, nie myślał dalekosiężnymi kategoriami. Łączyło nas zainteresowanie historią polskich Żydów, w różnym zresztą stopniu - i niewiele poza tym. Przez Radę Fundacji przewinęło się na przestrzeni tych lat co najmniej kilkanaście osób. Cztery z nich, jak sądzę, były kluczowe, i wątpię, aby bez ich obecności fundacji udało się nam przetrwać, albowiem każdy z nich wniósł jakiś element, jakiego nikt inny nie byłby w stanie zapewnić.
Pierwszym z nich był Dow Marmur, honorowy prezes fundacji. Dow urodził się w Katowicach, ale po polsku mówił tylko przez sześć swoich najwcześniejszych lat. Wojnę przeżył w Rosji. Wkrótce po powrocie do Polski, bodajże po Kielcach, wyjechali do Szwecji, gdzie zdał maturę, a studia rabinackie - był później przez wiele lat rabinem największej z reformowanych synagog w Kanadzie - skończył w Anglii. Jego związki z Polską były więc znikome, a języka prawie całkowicie zapomniał. Miał u nas i ma nadal niekwestionowany autorytet, on też stworzył pierwszy model organizacyjny, z którego w znacznej mierze nadal korzystamy. Jego zainteresowanie tematyką polskich Żydów okazało się trwałe i wiele razy był w Polsce, a po polsku mówi teraz płynnie.
Od kilku lat znaczną część roku spędza w Jerozolimie, ale jego roli w początkowych latach fundacji nie można przecenić.
Drugim był Louis Lenkinski, łodzianin, socjalista i przedwojenny jeszcze członek Bundu, po wojnie aktywista ruchu związkowego i ruchu praw człowieka w Kanadzie. Na początku lat 80. reprezentował Kanadyjską Federację Związków Zawodowych w kontaktach z "Solidarnością" i z tej racji cieszył się znacznym szacunkiem wśród Polonii. Był człowiekiem bezkompromisowym w kwestiach moralnych, a jego racji nie sposób było kwestionować. Dla nas stanowił swoisty punkt odniesienia - w kwestiach spornych, polegaliśmy na jego zdaniu. Zmarł na atak serca w 1992 roku. Od czasu jego śmierci fundacja organizuje cykl dorocznych prelekcji im. Lenkinskiego, zazwyczaj związanych z Łodzią, Bundem lub emigracją ocalałych Żydów do Kanady.
Trzecim był Olek Wertheim, o parę lat młodszy ode mnie, syn żydowskiego kombatanta i działacza CKŻP, Anatola Wertheima. Wyjechali z Polski do Izraela w r. 1960, gdzie Olek skończył szkołę i walczył w kolejnych wojnach. W latach 70tych znalazł się w Toronto; kiedy go poznałem, uważał się za Izraelczyka znacznie bardziej niż za polskiego Żyda. Był przez kilka lat prezesem naszej fundacji, do której wniósł jasny optymizm i pogodę ducha. Miał wrodzoną umiejętność rozładowywania konfliktów, co niejeden raz pomogło nam przetrwać rozmaite kryzysy. Od kilku lat mieszka w Warszawie.
Czwartym, który zaważył na naszym istnieniu, jest nasz obecny szef, Piotr Jassem. Z zawodu architekt, wychował się w Bydgoszczy, a studia skończył w Szczecinie. Z Polski wyjechał najpóźniej z nas, bo ledwie kilkanaście lat temu. O tym, że jest dzieckiem mieszanego małżeństwa, dowiedział się już na emigracji, a do nas trafił zaledwie przed kilku laty, w momencie dla nas niejako kryzysowym.
Wyeksploatowano wiele tematów, nastąpiło tak zwane "zmęczenie materiału" i sami czuliśmy, że robimy bokami. Piotr, doświadczony organizator, zabrał się do dzieła z wielką gorliwością. Bardzo szybko dowiódł, że celowaliśmy za nisko, i przedsięwzięcia, jakie ze względu na nasze nader skromne możliwości uważaliśmy dotąd za nierealne, dla niego okazały się możliwe. Piotr wyholował nas na szersze wody, a w zeszłym roku wielkim wysiłkiem organizacyjnym i finansowym, pchani jego twardym uporem, sprowadziliśmy z Polski wystawę fotograficzną "I ciągle widzę ich twarze", którą obejrzało kilkadziesiąt tysięcy osób.
Ale znacznie ważniejsi od każdego z nas byli i są ci wszyscy, którzy przez lata przychodzili i nadal przychodzą na nasze spotkania i imprezy - te ciekawe, ale też i gnioty, których nam nie brakowało. Czasami pojawiało się niewielu, bardzo niewielu - ale przychodzili. Odpisywali na nasze coroczne zawiadomienia, czasem dzwonili, pytając co mamy w planach. To tylko dzięki nim przetrwaliśmy, bo stanowili namacalny dowód, że jednak warto.
Ale bywało i na odwrót. W 1991 roku Marek Edelman usiłował przekonać 500 rozwścieczonych Żydów, że powinni poprzeć nową Polskę, i żeby mu nie zawracali głowy powstaniami i gettem. Nie byliśmy pewni, czy nie skończy się bójką. W parę lat później, nauczeni doświadczeniem, Żydzi zbojkotowali wykład Jacka Kuronia, od którego nie bez racji spodziewali się usłyszeć to samo. Ale setki przyszły wysłuchać Adama Michnika i miałem wrażenie, że jest im obojętne, co powie. Tak było też z Hanną Krall i Ewą Hoffman, na które ściągnęły tłumy. Na pierwszy w Toronto, przedpremierowy pokaz "Pianisty" dostaliśmy salę mogącą pomieścić 350 widzów, ale zamówień na bilety było ponad tysiąc. Polacy wymyślali nam, że przy rozdziale zaproszeń faworyzujemy Żydów, Żydzi - że rozdaliśmy bilety Polakom.Bywało oczywiście różnie. Przez pierwsze lata dwie strony naszej widowni pokazywały sobie wzajemnie rany - Żydzi Polakom te otrzymane w pogromach, Polacy Żydom - te wyniesione z kazamatów UB. Na początku przejmowaliśmy się, ale kiedy zorientowaliśmy się, że krzywdy sobie jednak nie zrobią - przestaliśmy. Z czasem ucichło, nawet wieczór o Jedwabnym przeszedł spokojnie, choć parę lat wcześniej przed dyskusją o "Liście Schindlera" rozeźleni demaskatorzy "antypolonizmu" zapytali, czy mogą rozłożyć ulotki. Pozwoliliśmy. Na prelekcję Ireny Grudzińskiej Gross o żydowskich korzeniach Mickiewicza przyszli obrońcy narodowych świętości. Wyszli przed końcem wieczoru, bo Irenę bardzo trudno jest zbić z pantałyku.
I jedno i drugie jest prawdziwe, bo choć byliśmy i jesteśmy programowo apolityczni, Polacy postrzegają nas jako Żydów, a Żydzi - jako apologetów Polski. Ale po osiemnastu latach przyzwyczajono się do nas i wyrobiliśmy sobie cennych partnerów w środowiskach akademickich, a nawet i wśród lokalnych mediów polonijnych, bardzo w Toronto aktywnych.
Co więc z dialogiem? Czy osiągnęliśmy jakieś wymierne rezultaty, przekonali bodaj jednego nienawistnika? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
Henryk Dasko
PLOTKIES #23, luty/marzec 2005[Jesienią 2004 r. trzech członków-założycieli Fundacji zostało odznaczonych przez Prezydenta RP Orderem Zasługi za ich rolę w dialogu polsko-żydowskim].
powrót do D a s k o g r a f i i