powrót do D a s k o g r a f i i
http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2909278.htmlŚwiadectwo
Henryk Dasko* 09-09-2005,
ostatnia aktualizacja 09-09-2005 19:10Jednym z pytań nękających historyków od blisko już czterdziestu lat jest sprawa postaw Polaków wobec antysemickich haseł Marca i zachowań wobec aktów antysemityzmu. Postawy były oczywiście różne. Jednakże obiegowa opinia mówi o szeroko rozpowszechnionej obojętności. Marzec miałby być ogólnie postrzegany jako "rozgrywki na górze", dotyczące jedynie tych w niego zaangażowanych.Irena i Karol Małcużyńscy, dyrektor Łazienek Marek Kwiatkowski, ekipa Andrzeja Wajdy - to ludzie, którzy po Marcu '68 pomagali potrzebującym. Ale Marzec to także masowa promocja nieuków i donosicieli - "inwazja pluskiew", jak wtedy mówiono. O tym też trzeba opowiedzieć.
Jak w każdym uogólnieniu, zapewne tyleż w tym prawdy, co nieprawdy. Badań socjologicznych nie robiono ani wtedy, ani potem. Ale są indywidualne świadectwa, ilustrujące ową różnorodność postaw. Oto jedno z nich.
Wiosną 1968 r., jako jeden z trójki studentów, zostałem relegowany wyrokiem komisji dyscyplinarnej ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Przypadkiem zapewne było, że cała trójka skreślonych była pochodzenia żydowskiego. Komisja odwoławcza utrzymała decyzję, a prof. Henryk Jabłoński, ówczesny minister szkolnictwa wyższego, odrzucił prośbe o apelację. Zgodnie z obowiązującymi przepisami usunięcie decyzją komisji dyscyplinarnej oznaczało tzw. wilczy bilet - zakaz studiów na polskich uczelniach przez okres co najmniej trzech lat. Decyzja ministra Jablońskiego była ostateczna i nie podlegała dalszym odwołaniom.
Powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej otrzymałem zaledwie kilka dni po odrzuceniu ostatecznej apelacji. Zgodnie z praktyką stosowaną wówczas wobec studentów marcowych, nie było to szczytne wezwanie do spełnienia honorowego obowiązku wobec ojczyzny, ale decyzja represyjna, podwajająca bez podania przyczyn długość służby. Do wyjazdu do jednostki pozostał mi niecały miesiąc.
Przyjaźniłem sie wówczas z młodszą ode mnie o kilka lat Magdą Małcużyńską, córką czołowego polskiego publicysty i komentatora telewizyjnego, zwanego w środowisku mediów polskim Walterem Cronkite'em. W TV prowadził najpopularniejszy w Polsce program publicystyczny „Monitor”. Magda przygotowywała się do matury. Bywałem w jej domu. Matka Magdy, dr Irena Małcużyńska, była psychiatrą, założycielką pierwszego Klubu Anonimowych Alkoholików w Polsce i kierowniczką poradni psychiatrycznej. Rodzice Magdy znali mnie jako kolegę córki. Wiedzieli o moich perypetiach.
Był to ciekawy dom o szerokich zainteresowaniach - oprócz swoich dokonań zawodowych Karola Małcużyńskiego ceniono jako wybitnego warsawianistę. Mieli w domu wspaniałą bibliotekę składajacą się z kilku tysięcy tomów po polsku i angielsku. Karol Małcużynski swego czasu spędził kilka lat jako attaché prasowy ambasady PRL w Londynie.
Pewnego wieczoru zadzwoniła Magda. - Mama prosi - powiedziała - żebyś jutro przyszedł do niej do poradni. Podala mi adres.
Dr Małcużyńska, piękna, szczupła kobieta o szlachetnej prostej elegancji, miała przed sobą na biurku plik formularzy. W kubku stały pióra i długopisy w różnych kolorach.
W ciągu następnego kwadransa dr Małcużyńska wypełniła szereg formularzy poradni, budując fikcyjny rejestr moich uprzednich wizyt w przychodni. Na końcu wystukała na maszynie krótki dokument.
W dwie godziny później moje powołanie do jednostki zostało skasowane, a w ręku miałem decyzję zawieszająca moją służbę wojskową na dwa lata. - Wiem, że będziesz milczał - powiedziała dr Małcużyńska..- Weźmiesz to - powiedziała, podając mi ową kartkę - i pojedziesz z tym teraz na komisję wojskową. W razie pytań, powiesz, żeby do mnie zadzwonili.
Za to przekonanie Małcużyńscy gotowi byli zaryzykować wszystkim, co przez życie budowali - dyplomem lekarskim i pozycją zawodową Karola i dr Ireny, a może czyms znacznie więcej. Gdyby sprawa została ujawniona, nie sposób dziś przewidzieć, jakie konsekwencje mogłyby na nich spaść. W obliczu szalejącego psychicznego terroru Marca musieli zdawać sobie z tego sprawę.- Dlaczego, pani Ireno - zapytałem podczas następnej wizyty u nich w domu.
- Bo nauczono mnie w życiu przy każdej okazji i za każdą cenę sprzeciwiać się łajdactwu.
A to, co zrobili, uczynili nie dla najbliższej rodziny, ale dla kolegi córki, którego widzieli przedtem może dziesięć razy, a może nawet nie tyle.
Karol Małcużynski zmarł w czerwcu 1984 r., a dr Irena Małcużynska w grudniu 1998. Zgodnie z obietnicą daną dr Irenie, milczałem. Dziś po raz pierwszy opisuję tę historię, choć świadomość tego, co dla mnie uczyniła, i czym ryzykowali, nie opusciła mnie nigdy.
• • • • •
Do wojska nie poszedłem, ale musiałem coś robić. Ośrodek zatrudnienia przy ul. Karowej nie miał dla mnie żadnej pracy. Zacząłem szukać po znajomych i kolegach. Jeden z nich, pracujący jako fotograf w Muzeum Łazienkowskim, powiedział mi, że poszukują przewodników. Pomagała znajomość języków obcych - znałem dobrze rosyjski, a przez kilka lat brałem prywatnie lekcje konwersacji angielskiej. Poszedłem.
Dyrektorem zespołu muzealnego Pałacu i Parku był już wtedy wybitny historyk sztuki Marek Kwiatkowski. Zastepował go Włodzimierz Piwkowski. Rozmowę ze mną prowadzili obaj, ale decyzję podejmował Kwiatkowski. Polecił mi opowiedzieć o sobie. Zrelacjonowałem wydarzenia ostatnich miesięcy.
- Biorę pana na umowę-zlecenie - powiedział. -Żadnych ankiet ani kwestionariuszy. Nic nie wiem i wiedzieć nie chcę. Będzie pan oprowadzał grupy polskie, rosyjskie i anglojęzyczne. Rozumiem, że zdaje pan sobie chyba sprawę, jak bardzo na widoku jest nasza placówka ze względu na cudzoziemców. Mam nadzieję, że nie narobi pan głupstw.- Czy pan siedział - zapytał Kwiatkowski.
- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Czy ma pan otwarte śledztwo?
- Nie - miałem tylko przesłuchania.Głupstw nie narobiłem, wycieczki oprowadzałem rzetelnie, skarg na mnie nie było. Wiedziałem, ze Piwkowski, mój bezpośredni szef, mówi o mnie dobrze. W wolnych chwilach pracowałem nad ulepszeniem angielskiej wersji przewodnika po Pałacu. Lipiec i sierpień przeszły spokojnie. Ale przez całe lato odwiedzali mnie licznie moi marcowi współkombatanci, a do Teatru, Pomarańczarni i Pałacu przychodziły żegnać się rzesze przygotowujących się do emigracji Żydów.
Jak każda instytucja i Pałac mial swoich donosicieli. Na początku września dyrektora Kwiatkowskiego odwiedziło UB.
Nie były to odpowiedzi satysfakcjonujące ubeka. Po tygodniu pojawił się znowu. Kwiatkowski wezwał mnie do siebie.- Kogo pan tu naprzyjmował? - padło pytanie. - Jakichś studentów syjonistów? Kto tu do pana przychodzi?
- Nic nie wiem o żadnych syjonistach - rzekł Kwiatkowski. - Biorę z jezykami, młodych, na umowę-zlecenie. Nie ma przepisu, żeby przygotowywać kwestionariusze personalne. To są pracownicy tymczasowi. Turystów nie sprawdzam i sprawdzać nie będę.
Zaczynała się jesień. Trzeba bylo szukac dalej.- Przykro mi - powiedział, obejmując mnie za ramiona - chętnie bym cię zatrzymał, ale Pałac jest najważniejszy - wiesz o tym. Odejdziesz zaraz, ale zapłacę ci do końca miesiąca.
- Dziękuje, panie Marku - i tak zrobił pan dla mnie o wiele więcej, niż mogłem oczekiwać.
Mój najbliższy przyjaciel Michał Komar, również usunięty ze studiów, złapał tzw. dobrą fuchę. Andrzej Wajda kręcił tamtej jesieni dwa filmy: „Wszystko na sprzedaż” i „Polowanie na muchy”. Przy produkcji filmu zawsze kręci sie moc ludzi. Kierowniczką produkcji była Barbara Pec-Ślesicka. Michał, już wtedy ceniony jako młody i świetnie zapowiadający się autor, miał szerokie kontakty w sferach artystycznych. Przy „Wszystko na sprzedaż” został asystentem rekwizytora, a w następnym filmie, „Polowaniu na muchy”, i mnie podobną pracę zalatwił, także dzięki wstawiennictwu scenarzysty filmu Janusza Glowackiego, którego obaj znaliśmy.
Andrzeja Wajdę nękała wtedy postmarcowa kampania prasowa. Do głównej roli w filmie „Wszystko na sprzedaż” zaangażował Elżbietę Czyżewską. Meża Czyżewskiej, warszawskiego korespondenta The New York Times, Gomułka polecił ekspulsować z Polski. Zdecydowała się na emigrację. Wajdę, ojca "polskiej szkoly filmowej", atakowano za brak patriotyzmu. Czy zdawał sobie sprawę, kto mu się kręci po planie? Nie wiem, ale Pec-Ślesicka wiedziała doskonale. A przecież przez nikogo nie niepokojony, dotrwałem przy „Polowaniu na muchy” do zakończenia zdjęć.
• • • • •
Małcużynscy, Kwiatkowski, ekipa Andrzeja Wajdy - to oczywiście najwyższe elity tamtego czasu, ludzie, od których można było oczekiwać zachowań szlachetnych. Ale Marzec 1968 to w zapisie historii zupełnie inny obraz. Masowa promocja nieuków, donosicieli, lub zgoła opryszków, zwana w Warszawie "inwazją pluskiew" - jak pisał w eseju „Tezy o nadziei i beznadziejności” prof. Leszek Kołakowski. Więc teraz o tym.
Jak i dlaczego zostałem usunięty dyscyplinarnie z uczelni?
W piatek, 8 marca, byłem pod Uniwersytetem Warszawskim. Niestrzyżona chłopska baranica kupiona za psie pieniądze na targu w Tomaszowie Mazowieckim złagodziła razy zbirów z opaskami na rękawie. Poszedłem do domu.
W poniedziałek, 11 marca, w wielopiętrowej, centralnej Auli Spadochronowej SGPiS zaczęli zbierać się studenci. Rozpoczął się samorzutny wiec. Byłem jednym z kilkunastu zabierających głos i współautorem ad hoc przygotowanej rezolucji - jak większość w tamtych dniach, obiecującej wierność ideałom socjalizmu i rzetelną pracę w służbie narodu. W pewnym momencie w Auli Spadochronowej rozległ się głos rektora, prof. Wacława Sadowskiego:
Głos zabrało jeszcze kilka, może nawet kilkanaście osób, w tym i ja. Żadna nie "apelowała" - zgromadzenie samorzutnie miało się ku końcowi - i Aula wkrótce opustoszała pod wpływem własnej dynamiki.- Moi państwo, dość wiecowania. Prosze się rozchodzić. Osoby zabierające głos proszę o apelowanie o zakończenie zgromadzenia.
W kilka dni później dostałem wezwanie do Palacu Mostowskich. Przesłuchujący mnie człowiek miał przed sobą kopię rezolucji, którą współredagowałem. Pytał, czy coś wiem o ulotkach rozrzuconych przed uczelnią - nie wiedziałem nic. Polecił mi iść do domu.
To wszystko? Wszystko.
• • • • •
W dzień czy dwa później zatrzymał mnie na uczelni blondyn w okularach, którego pierwszy raz widziałem.Kartka podpisana przez dra Klepackiego nadeszła wkrótce pocztą. Zawierała jeden zarzut: nie zastosował się do polecenia Rektora i nie wzywał zebranych do rozejścia się.- Jestem dr Zbigniew Klepacki - przedstawił sie.
- Jest pan zawieszony w prawach studenta - powiedział - i będzie pan miał komisję dyscyplinarną. Jako rzecznik komisji będę wnioskował o usunięcie pana z SGPiS. Do posiedzenia komisji nie ma pan wstępu na uczelnie.
- Usunięcie? Komisja dyscyplinarna? Za co?
- Przedstawimy panu zarzuty we własciwym momencie.Wytłumaczyłem, że byłem przesłuchiwany i nie postawiono mi żadnych zarzutów.- Proszę pana - powiedziałem przy następnym spotkaniu - przecież tam zabierało glos kilkanaście osób. Żadna nie nawoływała do rozejścia się. Czy wszyscy będą mieli komisję dyscyplinarną?
- Pan jak esesmani - powiedział do mnie Klepacki - chciałby odpowiedzialności zbiorowej. Pan będzie miał komisję.
- A kto jest moim obrońcą?
- Ja - powiedział. - Rzecznik przedstawia wszystkie aspekty sprawy.- Domagam się dyscyplinarnego relegowania z uczelni - usłyszałem, jak mówi po kilku dniach do członków komisji siedzących za stołem - nie widzę żadnych okoliczności łagodzących.
Te same słowa powtórzył na komisji odwoławczej, której podzielony werdykt padł przewaga jednego głosu.- No, my tu mamy inne kryteria - zadeklarował mój obrońca.
Drugi z nas usunięty został za podobne przewinienie - nie sprzeciwiał się rozrzucaniu ulotek - nie za rozrzucanie ulotek, ale za "brak sprzeciwu". Rzecznik nie objaśnił, na czym ów sprzeciw miałby polegać. Trzeci został relegowany za udział w nielegalnych zgromadzeniach na Politechnice Warszawskiej, UW i SGPiS i uczestnictwo w antysocjalistycznej grupie. Szczegółów uczestnictwa nie podano, najwyraźniej nie dopatrzyły się ich również organa śledcze, bo wrócił z przesłuchania jak i ja.
Prof. Zbigniew Klepacki został wybitnym specjalista od stosunków międzynarodowych i prawa międzynarodowego, przedstawicielem Polski w agendach ONZ i zajał kierownicze stanowiska w PAN-ie.
Ale początkiem drogi prof. Klepackiego był przełomowy dla jego biografii rok 1968, kiedy już jako nowo mianowany, marcowy "szturmdocent" wyszedł ostro z bloków startowych, budując swoją karierę na fałszywych oskarżeniach i cudzej krzywdzie.
*Henryk Dasko - krytyk literacki, publicysta, tłumacz.
Z zawodu konsultant w dziedzinie marketingu.
Wyemigrował z Polski po Marcu '68, mieszka w Toronto
powrót do D a s k o g r a f i i